Rosja – największa grabież XX wieku
Gdzie Rzym, gdzie Krym



Paweł Kowal zabłysnął szeregiem wypowiedzi typu „Rosja ma do Krymu takie same prawa jak do Lublina”. Nie sprecyzował jednak, czy w Lublinie 60% mieszkańców stanowią Rosjanie, czy też 80% lubliniaków na co dzień mówi po rosyjsku.

W marcu tego roku autonomiczna republika Krymu (za zachętą Rosji i przy jej wsparciu) przeprowadziła referendum, w którym większość ludności opowiedziała się za oderwaniem półwyspu od Ukrainy (ogarniętej akurat rewolucją). Logicznym następstwem tego kroku było przystąpienie Krymu do Federacji Rosyjskiej. Rosjanie stanowią bowiem ponad 60 % krymskiej ludności.

Decyzja krymskich wzbudziła histeryczną reakcje krajów „postępowego” Zachodu (tzn. USA i państw UE), zgodnym chórem krzyczących o „bezprawiu” i zapowiadających nie uznawanie faktów dokonanych. Czy słusznie ?

Równi i równiejsi

Granice państwowe, jak wiadomo, nie są wieczne. Wiedzą coś o tym Polacy – jeszcze w 1988 graniczyliśmy z 3 państwami – ZSRR, NRD i Czechosłowacją. Minęło 5 lat – i żadnego z w/w państw nie było już na mapie. Najmłodsze państwa w Europie liczą sobie zaledwie kilka lat – Czarnogóra (2006) i Kosowo (2008) zostały skwapliwie uznane przez Polskę, z błogosławieństwem Waszyngtonu i Brukseli. W pierwszym przypadku (słusznie zresztą) wskazywano na wynik referendum, w drugim podnoszono kwestie praw człowieka i samo-stanowienia narodów.

W przypadku Krymu te wzniosłe zasady jednak nie obowiązują. Kluczowym argumentem polskich polityków jest „niezgodność z ukraińskim prawem” krymskiego referendum. Zwolennicy tego argumentu zdają się zapominać o fakcie, że majdanowa rewolucja była równie „niezgodna z ukraińskim prawem”. Co by nie mówić o Wiktorze Janukowyczu (a szłoby powiedzieć dużo złego), był on legalnym ukraińskim prezydentem, a „majdanowa” władza Turczynowa – Jaceniuka miała charakter samozwańczy – co nie przeszkodziło Polsce w szybkim uznaniu rewolucyjnych władz w Kijowie.

Wybiórczy legalizm naszych „elit” jest niezbyt konsekwentny. Podobnie zresztą jak ich wybiórcze podejście do zasady samo-określenia. O ile tłum w Kijowie ma moralne prawo do działań „niezgodnych z ukraińskim prawem”, o tyle krymscy pod żadnym pozorem tego prawa nie mają …

Zły Putin i „bracia” spod znaku Bandery

Przez polskie media przetoczyła się fala anty-rosyjskiej histerii. Tradycyjne pierwszeństwo w tej konkurencji zdobył obóz PiS (szczytem pajacowania był występ J.Kaczyńskiego w Kijowie, gdzie wykrzykiwał banderowskie hasła obok czerwono-czarnych barw OUN-UPA).

Ktokolwiek odważył się zwrócić uwagę na neo-banderowską retorykę Prawego Sektora, Swobody i im podobnych – od razu dostawał pieczątkę „rosyjskiego agenta wpływu”. W ten sposób PiSowska Gazeta Polska Codziennie potraktowała np. ks. Isakowicza Zaleskiego, (człowieka bardziej zasłużonego w walce z czerwonym reżimem, niż całe stado PiSmaków razem wzięte).

Wina ks. Tadeusza była jednak niezmywalna – ośmielił sie piętnować ukraińską skrajną prawice, za kult Bandery i negacje rzezi wołyńskiej 1943 (zakłamywanej przez neo-banderowców z wielkim uporem). Nade wszystko jednak odważył sie nie zgadzać z Prezesem Nieomylnym – a tego, jak w balladzie o Murce, „banda nie wybacza”.

Cóż jednak zrobić, gdy role „ekspertów i znawców od spraw Wschodu” odgrywają w Polsce ludzie tacy jak Paweł Kowal. Były lider PJN zabłysnął szeregiem wypowiedzi typu „Rosja ma do Krymu takie same prawa jak do Lublina”. Nie sprecyzował jednak, czy w Lublinie 60% mieszkańców stanowią Rosjanie, czy też 80% lubliniaków na co dzień mówi po rosyjsku.

Inne złote myśli byłego euro-posła to „Ukraina weszła na Krym w 1917″ (?! – MAW) „Rosja szykuje etniczną czystkę krymskich Tatarów”, czy też „Polską racją stanu jest wspieranie Ukrainy w niezmiennych granicach”. Argumenty przeciwników zwykł P.Kowal podsumowywać „to jest propaganda Putina, tak wygląda propaganda Putina, pan powtarza tezy propagandy Putina”.

Jak to z Krymem było

Warto krótko wspomnieć o historii „odwiecznie ukraińskiego” półwyspu. Historycznie Krym był chanatem Tatarów, podległych tureckiemu sułtanowi. Jako sąsiad Polski tatarski Krym zapisał się z jak najgorszej strony, cyklicznie napadając i porywając ludność (głównie rusińską zresztą !) w jasyr – wprost na targi niewolników.

W 1783 (po zwycięskiej wojnie z Turcją) Krym przyłączono do Rosji – od tej pory przez 200 lat pozostawał on pod zwierzchnictwem Petersburga czy Moskwy (z krótką przerwą na niemiecką okupacje podczas II wojny św.) Skład etniczny półwyspu zmieniał sie podczas carskich i radzieckich rządów, tak że w XX w. większość stanowili już Rosjanie.

Bardzo ważną role odgrywał Krym podczas kolejnych wojen toczonych przez Rosję (zwłaszcza wojna krymska 1853-1856) ze względu na strategiczne położenie na Morzu Czarnym. Dotyczyło to zwłaszcza miasta i portu Sewastopol, głównej bazy rosyjskiej Floty Czarnomorskiej.

Chlubną kartę zapisał Krym podczas rosyjskiej wojny domowej – aż do jesieni 1920 będąc ostatnim bastionem „białych” Sił Zbrojnych Południa Rosji gen. Wrangla. Bolszewicy zdawali sobie sprawę, że muszą zgnieść opór Krymu, by nie dopuścić do powstania „drugiej Rosji”. Co też im sie, niestety, udało.

Dopiero w 1954 tow. Nikita Chruszczow (ukraiński bolszewik o wyglądzie i manierach świniopasa) włączył Krym w skład Ukraińskiej SRR. W ówczesnych warunkach przejście z jednej republiki do drugiej nie robiło wielkiej różnicy – dopiero rozpad ZSRR uświadomił krymskim, że znajdą sie w obcym państwie.

Już w 1992 półwysep usiłował oderwać sie od Ukrainy i proklamować niepodległość – w końcu w 1993 zawarto układ, w myśl którego Krym pozostawał w składzie Ukrainy w zamian za autonomie. To wystarczyło krymskim, aż do majdanowej rewolucji, z banderowskimi flagami w tle. Tego już im było za wiele.

Nie od rzeczy jest jeden istotny szczegół – w całej swojej długiej historii Krym ani przez jeden moment nie był etnicznie ukraiński.

Do Budapesztu po nauki !

Co uczyniła Polska, bezwarunkowo popierając rewolucyjne władze w Kijowie ? Po pierwsze stanęła w poprzek życzeniom miejscowej krymskiej ludności (której sie nie spieszyło pod majdanowe rządy). Po drugie, wspiera państwo coraz bardziej bandyckie. Dość wspomnieć spalenie 40 ludzi w Odessie, czy wyczyny „czarnych ludzików” na żołdzie żydowskiego oligarchy I.Kolomojskiego (który pozwala sobie wyznaczać pieniężne nagrody za zabicie prorosyjskich „terrorystów” !). Po trzecie – nic dla siebie nie zyskuje.

Nie słychać o wsparciu rządu w Kijowie dla ukraińskich Polaków (wręcz przeciwnie, nowa ustawa językowa ogranicza ich prawa), ani o ułatwieniach dla polskich eksporterów (embargo na wieprzowinę trwa sobie w najlepsze). Polskie zabytki na Kresach Wschodnich niszczeją, za to pomniki zbrodniarzy typu Bandera czy Szuchewycz – rosną jak grzyby po deszczu.

Jest jednak polityk, który woli dbać o interesy własnego narodu (u siebie i za granicą), niż wspierać „ukraińskich braci”. To węgierski premier Viktor Orban, który głośno upomniał sie o prawa Węgrów na Rusi Podkarpackiej (węgierskiej przed 1920). Autonomia mogłaby postawić na nogi ten region, dziś jeden z najbiedniejszych w całej republice – ale banderowców nie kochający.

Nic dziwnego, że FIDESZ V. Orbana zebrał w ostatnich wyborach 45 % głosów (węgierski przywódca jest znany z tego, że nie boi sie ani wielkich banków i korporacji, ani unijnych „tolerastów” – gdy idzie o interes jego kraju). Znamienna była reakcja polskich „elit” – premier Tusk wyraził zaniepokojenie, Paweł Kowal wysłał list otwarty (z pewnością przeczytany w Budapeszcie z zapartym tchem – MAW), a portal Wirtualna Polska skowyczał „Orban wbija nóż w plecy Ukrainie !”

I tak to nasze „elity” pouczają polityka, od którego same powinny sie uczyć, i to z dużą pokorą. A w międzyczasie nowe władze „wyzwolonej” Ukrainy strzelają do „terrorystycznej” ludności Donbasu, za pieniądze żydowskiego oligarchy z Dnieporpietrowska. Co raczej potwierdza, że krymscy dokonali słusznego wyboru.

Michal Andrzej Wirtel
http://konserwatyzm.pl


  PRZEJDŹ NA FORUM