STANISŁAW MICHALKIEWICZ
Klejnoty dla biednej ojczyzny
Aj! „Już był w ogródku, już witał się z gąską…” Mówię oczywiście o podchodach naszych Umiłowanych Przywódców pod europejskie synekury, które akurat trzeba będzie obsadzić, żeby w ten sposób zadośćuczynić nieubłaganym regułom demokracji. Bo nieubłagane reguły demokracji wymagają, by przewodniczącym Parlamentu Europejskiego został komuchowaty Niemiec Martin Schultz, sprawiający wrażenie kretyna. Po wystąpieniu europosła Janusza Korwin-Mikke, który skrytykował płacę minimalną, jako jedną z przyczyn bezrobocia wśród młodzieży przypominając, jak to po wprowadzeniu przez prezydenta Kennedy-ego płacy minimalnej pracę straciły 4 mln murzyńskich nastolatków – więc teraz młodzi ludzie zostaną „Murzynami Europy”, obmyśla dla niego jakieś straszliwe kary.

Ale jeszcze ważniejsze od stanowiska zajmowanego przez sprawiającego wrażenie kretyna, komuchowatego Niemca Martina Schultza jest stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej, czyli eurokołchozowego rządu. W warszawskim demi-mondzie „mówiło się”, że szanse na objęcie tego stanowiska ma premier Donald Tusk – ale czegóż to ludzie nie gadają! W rezultacie przewodniczącym Komisji Europejskiej został Jan Klaudiusz Juncker z Luksemburga. Jest zwolennikiem – jakże by inaczej! – „silnej, solidarnej Europy” – co pana Jacka Saryusza Wolskiego, który na brukselskim wikcie wyraźnie zmężniał i okrzepł, wprowadza w stan zbliżony do orgazmu. Premier Tusk w tej konkurencji w ogóle nie wystartował. Najwyraźniej musiała mu taki ewentualny zamiar wyperswadować prowadząca go Nasza Złota Pani z Berlina. Toteż kiedy 16 lipca odbywał się kolejny „szczyt”, na którym miano obsadzić stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych Eurokołchozu, w warszawskim demi-mondzie aż zawrzało od spekulacji, czy przypadkiem to właśnie premier Tusk nie zostanie aby następcą belgijskiego zdechlaczka Hermana van Rompuy, zaś Radosław Sikorski – następcą podobnej do konia angielskiej komunistki Katarzyny Ashton.

Podniecenie było całkowicie zrozumiałe – bo afera podsłuchowa, w następstwie której rząd premiera Tuska wprawdzie stanął na nieubłaganym gruncie obrony państwa przed demontażem, ale przecież siedzi niczym w mrowisku – skłania do rozejrzenia się za jakąś szybką ścieżką ewakuacji. Telewizje pokazywały premiera Tuska u boku Naszej Złotej Pani („przy Tobie, Najjaśniejsza Pani stoimy i stać chcemy”) – że to niby Nasza Złota Pani jednym palcem zrobi z premiera Tuska człowieka na miarę europejską – ale wkrótce Nasza Złota rozwiała iluzje sugerując, że nic pewnego jeszcze nie wiadomo. I rzeczywiście – wprawdzie radzono dość długo, ale uradzono tylko tyle, że kolejne obrady odbędą się 30 sierpnia. Ciekawe, że ten sam termin został wyznaczony dla koalicji PO-PSL przez okupujące nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniackie watahy dla ewentualnej rekonstrukcji rządu.

Najwyraźniej również europejscy mądrale doszli do wniosku, że co nagle, to po diable, więc lepiej poczekać na rozwój wypadków, „czy żak Janek na tancerza, czy na rządcę dobry kraju” to znaczy – czy premier Tusk i minister Sikorski 30 sierpnia nie będą mieli większych zmartwień, niż ubieganie się o europejskie splendory. Poza tym wchodzą tam w grę jeszcze inne względy, mianowicie parytety. Odnoszą się one zarówno do poszczególnych krajów, jak i regionów, a także płciowości i innych cech charakterystycznych. Zgodnie z zasadami sprawiedliwości społecznej, to znaczy – żeby oliwa sprawiedliwa wypłynęła na wierzch, synekury muszą być porozdzielane z uwzględnieniem wszystkich preferowanych właściwości, na przykład – ileś synekur musi przypaść żydowskim lesbijkom chorym na AIDS – bo w przeciwnym razie będziemy mieli w Europie deficyt demokracji. „Taka, panie, kombinacja” – jak powiedziałby poeta Antoni Lange.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – oczywiście jeśli skłonność do poświęcania się dla Polski będzie wśród naszych Umiłowanych Przywódców większa, niż dotychczas. Do 30 sierpnia jest jeszcze sporo czasu – a w każdym razie wystarczająco dużo, by taki, dajmy na to, pan minister Sikorski, poddał się takiej samej operacji chirurgicznej, jakiej, według swoich przechwałek, miał w swoim czasie poddać się stary komuch Krzysztof Bęgowski, posługujący się obecnie dokumentami wystawionymi na nazwisko „Anna Grodzka”. Wprawdzie utrata klejnotów to nie jest fraszka – ale czegóż się nie robi dla Polski! W dodatku, z razie pomyślnego wyniku operacji pan minister Sikorski, który wtedy, pewnie przybrałby sobie jakieś inne, nawet zaporowo brzmiące nazwisko, zdążyłby jeszcze nawiązać jakiś lesbijski romans, a nawet – zarazić się AIDS, dzięki czemu szanse jego kandydatury na stanowisko po podobnej do konia angielskiej komunistce Katarzynie Ashton, a co za tym idzie – prestiż naszego nieszczęśliwego kraju zarówno w Europie, jak i świecie – gwałtownie by wzrosły.

Niestety nic nie wskazuje na to, by Umiłowani Przywódcy wykazywali gotowość nawet nie do tak daleko idących, ale do znacznie mniejszych poświęceń dla naszej biednej ojczyzny. Chciałbym przypomnieć, że kiedy na Ukrainie światło nie było jeszcze tak dokładnie oddzielone od ciemności i Julia Tymoszenko nie tylko nie wykluczała wysunięcia swojej kandydatury na urząd prezydenta, ale nawet odgrażała się, że jeśli wybrany zostanie kto inny, to ona urządzi mu taki Majdan, że wszystko pójdzie mu w pięty – właśnie wtedy proponowałem, by pan prezes Jarosław Kaczyński poświęcił się dla Polski i poślubił Julię Tymoszenko, stając się w ten sposób założycielem dynastii, dzięki której Polska znowu rozciągałaby się od morza do morza. Wprawdzie Julia Tymoszenko po kilkuletnim pobycie w ukraińskiej turmie nie jest już tak piękna, jak kiedyś, ale nie o przyjemności, nie o rozpustę tu by szło, tylko o założenie dynastii. A to – jak zwraca uwagę Tadeusz Boy-Żeleński – można osiągnąć środkami oszczędnymi: „spłodzimy dzieciątko w skupieniu cnotliwem – rozpusty potrafim się strzec!”

Niestety, zamiast kuc żelazo póki gorące, prezes Kaczyński ograniczył się do wydawania na kijowskim Majdanie kabotyńskich okrzyków w rodzaju „sława Ukrainie – herojam sława!” – a tymczasem „na Newie już cumował krążownik Aurora. A potem krążownik Aurora wystrzelił – i od tego czasu śpiewamy inne piosenki”. Tak kiedyś w „Hybrydach” Maciej Zembaty przerywał recitativami w rodzaju: „Na twarz Anastazji Pietrowny padały płatki śniegu wielkości złotych pięciorublówek” – piosenkę poświęconą Anastazji Pietrownej: „Anastazja Pietrowna, Anastazja, kto ty jesteś – Europa, czy Azja?” Więc kiedy pan prezes Kaczyński wydawał na Majdanie wspomniane kabotyńskie okrzyki, starsi i mądrzejsi uradzili, by prezydentem Ukrainy obwołać pana Poroszenkę, któremu ten zaszczyt słusznie się należał, jako, że kupił był on sobie ten cały przewrót, który pana prezesa Kaczyńskiego przyprawił o taki zawrót głowy. W ten sposób szansa na założenie dynastii, dzięki której Polska znowu rozciągałaby się od morza do morza, minęła bezpowrotnie. Zatem jeśli okaże się, że pan minister Radosław Sikorski bardziej umiłował swoje klejnoty, niż naszą biedną ojczyznę, to stanowisko zwolnione przez podobną do konia angielską komunistkę Katarzynę Ashton może przejść mu koło nosa – a wtedy mogą otworzyć się inne, znacznie gorsze perspektywy, wobec których nawet adwokackie umiejętności pana mecenasa Giertycha mogą okazać się niedostateczne.

Nie ma przypadków, są tylko znaki – mawiał ś.p. ks. Bronisław Bozowski. I oto otrzymaliśmy niezwykle wymowny znak. Oto podczas czyszczenia szamba w miejscowości Karczówka w województwie lubuskim, zginęło aż siedem osób. Zaczęło się od tego, że jedna wpadła w szambo, a pozostałe rzuciły się ją ratować, ale kiedy wskoczyły do szamba, natychmiast zatruły się siarkowodorem, który zarówno ze względu na temperaturę otoczenia, jak i inne okoliczności, występował w tym szambie w wyjątkowo wysokim stężeniu. Krótko mówiąc – szambo w Karczówce znakomicie pasuje do politycznego demi-mondu ukształtowanego przy „okrągłym stole”. Stężenie trującego gazu już dawno przekroczyło poziom śmiertelny, toteż wszelkie próby oczyszczenia szamba metodami konwencjonalnymi nie tylko skazane są na niepowodzenie, ale dodatkowo zagraża każdemu normalnemu człowiekowi, który taką próbę by podjął. Normalnemu – bo bezpieczniacy właśnie w takich miejscach mają najodpowiedniejsze warunki rozwoju, rodzaj niszy ekologicznej w środowisku naturalnym.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl/


  PRZEJDŹ NA FORUM